
Wyruszając w naszą podroż, zdawaliśmy sobie sprawę z zagrożeń, jakie moglibyśmy napotkać. Z tego też względu przyjęliśmy serię szczepionek i przygotowywaliśmy się kondycyjnie do tak znacznego wysiłku. Poza tym przeszliśmy kurs pierwszej pomocy, by w razie potrzeby móc prawidłowo zareagować. Zabraliśmy ze sobą sporą apteczkę, w której staraliśmy się umieścić różnorodne środki na wszelka ewentualność. Ujmując rzecz kolokwialnie: “Lepiej nosić niż się prosić”.
Odmienna flora bakteryjna, nie zawsze higieniczne warunki, w których przebywaliśmy, czy spożywaliśmy pokarmy i nieznośny upał wywołały u niektórych dolegliwości żołądkowe. Na szczęście picie dużej ilości wody (butelkowanej oczywiście) oraz zapasy z apteczki łagodziły tego rodzaju problemy.
Częste zmiany temperatury tj. przechodzenie z klimatyzowanych pomieszczeń wprost na palące słońce, spowodowały, że Tolek nabawił się mocnego przeziębienia. Zwykłe środki na grypę nie pomogły, musiał więc przyjąć antybiotyk. Po trzech dniach odzyskał siły i mogliśmy dalej skupić się na odkrywaniu tego, co nas otacza.
Dwudniowa podróż pociągiem z Pekinu do Lhasy była swego rodzaju wstępną aklimatyzacją do wysokogórskiego klimatu. Wszyscy odczuwaliśmy problemy z oddychaniem, a nasze organizmy męczyły się nawet przy porannej toalecie. Z uwagi na to, do każdego przedziału podawany był tlen. Można więc było w razie potrzeby złapać łyk świeżego powietrza do płuc.
Po dotarciu do hotelu w Lhasie nasz przewodnik Dor Jee poradził, byśmy przez około dobę nie przemęczali się, aby organizm mógł się w pełni zaaklimatyzować.
Organizmy większości z nas nie miały z tym problemu, tylko Sebastian potrzebował trochę więcej czasu. Bóle głowy, brak apetytu i trudności w oddychaniu przykuły go do łóżka na cały dzień. Nazajutrz byliśmy już w pełni sił i ruszyliśmy odkrywać uroki Tybetu. Odwiedziliśmy Pałac Potala, jedną z największych budowli w Tybecie, mieszczącą ponad 1.000 komnat. Była to swego czasu rezydencja Dalajlamów- przywódców religijnych i politycznych Tybetu. Kolejnymi atrakcjami było zwiedzanie klasztorów: Sera, Jokhang i Drepung. Film z klasztoru Sera możecie obejrzeć w naszej galerii.
Klasztory tybetańskie to miejsca niezwykle urokliwe i osobliwe. Woń kadzidełek, przechadzający się mnisi, figury i posągi Buddów stanowią niepowtarzalny klimat tego miejsca. Modlitwy mnichów w ogromnych komnatach nastrajały i wprawiały w swego rodzaju trans.
W międzyczasie dość poważnego zatrucia pokarmowego doświadczył Darek. Wszelkie dolegliwości związane z zatruciem wyrwały go w środku nocy ze snu. Na szczęście obyło się bez konieczności wizyty lekarskiej, bo rano czuł się już lepiej i mogliśmy wyruszyć pod Mount Everest!
Podroż vanem po nieziemsko nierównym, górskim terenie trwała kilka godzin. Po dotarciu pod szczyt czuliśmy ogromną ulgę i radość, że znajdujemy się ponad wszystkim, na dachu świata. Czomolungma ukazała nam swe monstrualne oblicze, po czym znikała i wyłaniała się zza chmur.
Na wysokości 5.200 m n.p.m. (Mount Everest Base Camp) panowała temperatura około 17 stopni Celsjusza i wiał silny wiatr. Każdy z nas był jednak na to przygotowany, mieliśmy kurtki i spodnie, więc mogliśmy spokojnie napawać się krajobrazem, roztaczającym się wokół nas.
Pozdrawiam
Kasia
PS Bardzo ważną rzeczą, o której musimy ciągle pamiętać jest noszenie czapek z daszkiem i okularów przeciwsłonecznych. Przed wyjściem na palące słońce nie zapominamy też o kremie z wysokim filtrem i o zabraniu ze sobą dużej ilości wody. Bez tego groziłby nam udar słoneczny i odwodnienie organizmu.
1 Komentarz »